Pogoda Kolbudy z serwisu
»

Rozmowa z francuskim pianistą Bernardem Ringeissenem

Światowej sławy francuski wirtuoz fortepianu Bernard Ringeissen zagra we wtorkowy wieczór koncert w porcie lotniczym. Artysta przyjechał na zaproszenie organizatorów Festiwalu Pianistycznego Fermata 2002. W sali w Rębiechowie wykona monumentalny Koncert fortepianowy B-dur Brahmsa, towarzyszy mu Toruńska Orkiestra Kameralna. Chociaż w tym wielkim wydarzeniu mogli uczestniczyć tylko wybrani, udało nam się porozmawiać z mistrzem.

- Czy pamięta Pan moment, gdy stwierdził Pan w pełni świadomie: "chcę być pianistą"?

- Oczywiście! Już jako dwulatek uderzałem we wszystko, co rezonowało. Właściwie chciałem być dyrygentem. Wcześnie zacząłem bawić się w improwizację. Profesjonalną naukę zacząłem późno. W wieku pięciu lat przedstawiono mnie nauczycielowi, który wyjątkowo źle się ze mną obszedł. Jak wiele dzieci, miałem kłopoty z odróżnieniem prawej ręki od lewej. Gdy ów nauczyciel kazał mi położyć lewą rękę na klawiaturze, ja kładłem prawą. Wysyłał mnie więc przed lustro, bym sobie wymierzył policzek. Po takich lekcjach miałem wypieki na twarzy i... wszystkiego dość. Naukę w Konserwatorium rozpocząłem natomiast w wieku 11 lat, dyplom uzyskałem jako 16-latek, potem przyszedł czas na konkursy międzynarodowe. Nigdy nie miałem wątpliwości co do wyboru drogi życiowej. Nie wahałem się między zawodem chirurga, adwokata czy bankiera. Zawsze chciałem być pianistą.

- Od lat prowadzi Pan kursy mistrzowskie w Salzburgu i Weimarze. W ciągu najbliższych kilku dni będzie Pan nauczał w Lublewie, gdzie trwają warsztaty Fermaty.

- Uczę się razem z moimi studentami, także dzięki ich błędom. Nic nie przychodzi za darmo, więc gdy zdolnemu uczniowi coś "samo" wychodzi, zastanawiam się, dlaczego tak, a nie inaczej ów uczeń projektuje swą interpretację. Młody człowiek kieruje się swoją logiką, która często nie jest zgodna z moim rozumowaniem. Porównuję swoją sytuację z działaniami Picassa, którego pod koniec życia zafascynowały rysunki dziecka.

- Być może posiada Pan sekret dotyczący tego, jak wydobyć z ucznia jego własną, niepowtarzalną tożsamość. Przecież każdy jest inny.

- Widać to już w samym zachowaniu. Wystarczy spojrzeć na sposób siadania do fortepianu, by stwierdzić na przykład, że ma się do czynienia z nieśmiałą dziewczyną. To jest zupełnie niezależne, nieproporcjonalne do talentu. Bywają uczniowie niezwykle nieśmiali, a grający zjawiskowo, i tacy, których brawurowe podejście do fortepianu zapowiada coś niezwykłego, a efekt jest mizerny. Zachowanie przy fortepianie daje mi pojęcie o charakterze ucznia. Wiem, że jedni z nich lepiej czują się w utworach popisowych, a inni w tych wypełnionych czułością i odwrotnie.

- Polacy wciąż wspominają Pana udział w Konkursie Chopinowskim w 1955 roku.

- Do dziś koncertach przychodzą do mnie starsze osoby i pokazują mi mój autograf z 1955 roku. To wzrusza, bo miałem wówczas inny, młodzieńczy charakter pisma. Jednak najważniejsze wspomnienia noszę w sercu, to mój sekretny ogród. Było tyle hałasu wokół mojej osoby! Nie mogłem normalnie wyjść na ulicę, spokojnie wsiąść do samochodu, wejść do hotelu. Gdy zostałem laureatem Konkursu Chopinowskiego, ambasador Francji spytał, co sprawiłoby mi największą przyjemność. Odpowiedziałem, że przyjazd mamy. Wszystko zorganizowano podczas jednej nocy: paszport, wizę - w tamtych czasach trudno było to zdobyć - i bilet na samolot. Mama uczestniczyła w uroczystym wręczeniu nagród i została kilka dni. Koncertowałem potem we Wrocławiu i w Krakowie. Po koncercie w Krakowie poszliśmy do restauracji. Wchodząc do lokalu, zobaczyliśmy, że cała sala - a była pełna - wstała jak na komendę od stolików. Ludzie na mój widok zaczęli bić brawo. Być może dla Grety Garbo za życia był to chleb powszedni. Dla mnie to niezwykłe wspomnienie. Mam takich jeszcze sporo!

 

 

9 lipca 2002, Albert Gawot, Gazeta Wyborcza

© KULTURA.KOLBUDY.PL 2012
DESIGNED AND DEVELOPPED BY GORDAL